niedziela, 9 marca 2014

Rozdział 30

Zapomnij o wszystkich powodach, dla których coś się nie uda. Wystarczy znaleźć jeden dobry powód, dla którego się powiedzie.

Minęły kolejne dni. Wojtek wrócił zgodnie z planem do Londynu zabierając ze sobą Aarona. Natomiast Rozalia i Majka miały dziś samolot. Zdecydowały się wrócić dzień wcześniej. Nad panoramą Warszawy pojawiło się nareszcie długo wyczekiwane słońce. Światłość przyćmiło ciemność. Słońce przepędziło nieustający deszcz.
Z pozoru wszystko wyglądało dobrze. Uśmiechnięci ludzie mówiący o swoim szczęściu. Ale czy każdy jest tak szczęśliwy jak mówi? Może to jest tylko maska. Maska, którą zakładamy każdego dnia mówiąc ‘wszystko porządku’, a wieczorami, gdy zostajemy sami w pustym mieszkaniu ściągamy ją, pokazując własne oblicze. Oblicze, które nie jest tak silne jak mówią pozory. Udajemy silnych, by nikt nie zobaczył naszych łez. Ale dlaczego? Przecież, łzy nie są oznaką słabości. Są dowodem na to że bardzo nam zależy. Zależy tak bardzo, że jesteśmy poświęcić wszystko co mamy. A mimo to większość ludzi zakrywa swoją twarz zakładając maskę.
Od czasu śmierci Radka Maja próbowała wrócić do normalnego funkcjonowania. Nie było to proste. Przecież od dziecka z nim przebywała. Te wszystkie lata które przetrwali. Razem na dobre i złe. Nie chciała zapominać o tym że już go nie ma. Chciała pamiętać i opowiadać na starość swoim dzieciom jaki był jej młodszy o kilka minut brat bliźniak. Ale pomimo to musiała żyć dalej. Musiała wziąć się w garść i żyć tak, aby jej bart, gdzieś tam na górze był z niej dumny. Dumny, że ma taką siostrę.
Postanowiła kontynuować studia. Kochała robić zdjęcia i to była jej największa pasja. Ktoś normalny stwierdził by że zabieranie aparatu wszędzie gdzie się da, jest czymś bezsensownym, ale nie ona. Uwieczniała w ten sposób chwile które chciała zapamiętać. Wywoływała zrobione zdjęcia umieszczając je później w odpowiednim brulionie gdzie wszystko było podpisane z dokładną data wydarzenia.
A jak sprawy między Majką a Aaronem? Wszystko było w jak najlepszym porządku. Po pogrzebie Aaron nie odstępował jej na krok. Rodzice dziewczyny pozwolili mu, aby nocował u nich, bo po co tracić pieniądze a co ważniejsze byli pewni że Maja czuje się przy nim bezpieczna. Niełatwo było dla nich zaakceptować, iż ich córka chce wrócić do Londynu, ale tak będzie lepiej. Tak będzie lepiej dla ich córki. Jedynej.

Samolot wylądował z godzinnym opóźnieniem. Londyn, tak jak zawsze – deszczowy i ponury. Z lotniska Polki odebrał Ramsey. Rozalia nie mówiła nic Wojtkowi że wraca wcześniejszym samolotem. Chciała mu zrobić niespodziankę. Bezproblemowo dowiedziała się od Łukasza że dzisiaj mają wolne. Grunt to mieć przyjaciela który ma na oku twojego faceta i wie kiedy pracuje – pomyślała. 
Otworzyła cicho drzwi wejściowe zdejmując buty. Chciała jak najszybciej rzucić się w ramiona bramkarza zapominając o ściągnięciu płaszczu i zostawieniu swojej torby. Światło było zgaszone, jedynie w salonie zapalona była lampa i słychać było głos Wojtka i jakiejś kobiety. Podeszła bliżej przysłuchując się rozmowie. Nie znała jej. Brunetka z długimi prostymi włosami. Szczupła, trzymająca kubek z gorącym napojem w ręce. Leżała na sofie, wychuchają co chwilę gromkim śmiechem, gdy Szczęsny parodiował zachowanie Jacka. Rozalia stała oparta o framugę drzwi. Nikt jej nie zauważył, więc w spokoju mogła zbadać teren.
-Takie rzeczy to tylko Jack potrafi. – śmiała się kobieta.
-On jest zdolny do wszystkiego. Znasz go przecież, wieczny optymista.
-Ale Lauren ma go pod pantoflem. – zaśmiała się.
-I to chyba mu nigdy nie da spokoju.  – dokończył rozbawiony.
-Wojtek – zaczęła – a mówiłeś już Rozalii o…
-Nie jeszcze nie. Jutro wraca, więc mam jeszcze trochę czasu aby przemyśleć jak jej to powiem. – odparł poważniejąc.
-Czyli nic jej jak na razie nie wspominałeś?
-Nie. I tak będzie lepiej dla niej. Powiem jej jutro, a zresztą i tak by sama zauważyła.
-Ale to nie będzie problem, prawda? Bo jeśli tak to
-Nie wygłupiaj się – przerwał jej momentalnie. – Zostaniesz aż nie wrócisz do zdrowia.
-Dziękuję. Zawsze mi pomagasz. Nie wiem co bym bez ciebie zrobiła. – uśmiechnęła się bacznie przyglądając się chłopakowi.
-Jestem brudny, że się tak patrzysz? – zapytał zaciekawiony.
-Nie po prostu przypomniało mi się jak byliśmy razem. Pamiętam jak kazałeś Jankowi zapytać się czy będę twoją dziewczyną. Nieśmiały Wojtuś. – zaśmiała się wspominając dawne czasy.
-To nie prawda! On po prostu chciał poćwiczyć. – tłumaczył się zakłopotany.
            Przecież ona ją znała. Widziała już ją gdzieś. Była tego pewna. Ale gdzie? Przecież gdyby ją znała nie zastanawiała by się teraz kim ona jest. Czy to tylko głupie deja vu?
-Poćwiczyć pytanie mnie o to czy będę twoją dziewczyną. – dążyła dalej niedowierzając słowom chłopaka.
-No tak.
-Pamiętasz jak pierwszy raz mnie pocałowałeś…
-Tak, twój ojciec chciał mnie za to zabić. – odparł oburzony.
-Nie przeszkadzam wam?! – odparła podenerwowana całą sytuacją Rozalia.
            Rzuciła torbę na podłogę krzyżując ręce i dopiero wtedy zauważyli że nie są sami. Wojtek, który popijał właśnie herbatę zakrztusił się swoim napojem gdy usłyszał rozjuszoną Rozalię. Stała nadal w progu z krzyżowanymi rękami obserwując z przymrużonymi oczami kobietę.
            Wojtek siedział jak wryty. Miał rozchylone usta ze zdziwienia. Nie wiedział czy ma podejść i pocałować swoją dziewczynę, czy też od razu zacząć jej tłumaczyć całą sytuację. Zaskoczyła go. Cholernie go zaskoczyła, bo przecież nie był jeszcze na to przygotowany.
-Jak mniemam moja obecność jest tutaj chyba zbędna. Tak? – zapytała uważnie obserwując zakłopotaną brunetkę.
-Nie – odparli natychmiastowo obydwoje.
            Szczęsny wstał z fotela i podszedł do Rozalii.
-Musimy chyba porozmawiać. – powiedział zdenerwowany przeczesując gestem ręki swoje włosy.
-Też mi się tak wydaje.
            Udali się do sypialni. Rozalia między czasie ściągnęła płaszcz rzucając go na krzesło stojące przy szafie. Usiadł wygodnie na łóżku, przykładając ręce do twarzy zbierając myśli.
Denerwował się. Przecież miał jej powiedzieć juz wcześniej, dużo wcześniej. Ale nie miał odwagi. Tak, on wielki Wojciech Szczęsny bał się powiedzieć swojej dziewczynie o Sandrze.
Od czego miał zacząć, skoro w jego głowie panowała pustka. Po chwili zdobył się na odwagę widząc złość w oczach Rozalii wyznał jej prawdę.
-Miałem powiedzieć ci o tym wcześniej, ale ...
-Ale nie powiedziałeś.- przerwała mu.
-Chciałem. Uznałem ze lepiej będzie jeśli powiem ci to osobiście. Sandra złamała nogę, a w Londynie ma tylko mnie. Dlatego zaoferowałem jej swoja pomoc. -zamilkł, ale po chwili znów kontynuował. -ona się tutaj wprowadza i będzie z nami mieszkać.
-Słucham?! Chyba się przesłyszałam. – krzyknęła.
            Wstał. Popatrzył na brunetkę która nie miała tęgiej miny.
-Posłuchaj... – zaczął spokojnie.
-Czy ona nie była twoja była dziewczyna ? – wycedziła nagle przerywając mu.
-Tak, ale
-Od kiedy ona tutaj mieszka ? - zapytała. Nie usłyszała odpowiedzi, dlatego powtórzyła. - od kiedy ?
-Od półtora miesiąca. – przyznał się.
-Od półtora miesiąca?! Ukrywałeś to przede mną aż półtora miesiąca?!
-Tak, ale
-Wydawało mi się że mieliśmy być ze sobą szczerzy. – powiedziała nieco spokojniej. – Pytałam się czy coś przede mną ukrywasz, a ty kłamałeś mi prosto w oczy.
-Rozalia, ja nie wiedziałem jak ci to powiedzieć. – wyznał – bałem się że się wściekniesz albo odbierzesz to jako jakiś romans.
-Zła to jestem teraz, bo wychodzi na to że mi nie ufasz. Mogłeś mi przecież wcześniej powiedzieć a nie robić mi takiej niemiłej niespodzianki.
            Szczęsny spuścił głowę wpatrując się w czubek swoich butów, tak jakby to one w tej chwili były najciekawszą rzeczą w tym pomieszczeniu.
-Ufam ci. – powiedział cicho – I kocham cię, ale nie chcę cię stracić.
            Usiadł ponownie na łóżku. Milczeli przez krótką chwilę. Kiedy podeszła do niego Rozalia miał w głowie mętlik. Przykucnęła i popatrzyła mu prosto w oczy.
-Ja też cię kocham, ale chce żebyś był ze mną szczery. Rozumiesz? – zapytała.
-Tak.
-Do kiedy ona tutaj zostanie?
-Do ściągnięcia gipsu jakiś miesiąc i jeśli się nie polepszy to jeszcze będzie rehabilitacja.
-Zapowiada się ciekawie. – odpowiedziała sarkastycznie wstając. 
-Bądź dla niej miła. Może czuć się niezręcznie. - poinformował ją.
-Ja zawsze jestem miła. A po za tym...
            Nie zdążyła dokończyć. Kiedy wstała Wojtek przyciągnął ją do siebie i pocałował. Serce Rozalii o mały włos nie wyskoczyło z piersi. Nie potrafiła się na niego długo złościć. Kochała go i tylko to się liczyła. Miała do niego żal że nie powiedział jej wcześniej o Sandrze, ale rozumiała go. Sama nie wiedziała do końca jakby postąpiła w takiej sytuacji. Wtuliła się w jego tors siadając mu na kolanach. Trwali w jej błogiej chwili póki nie usłyszeli z dołu wołania Sandry proszącej o zrobienie herbaty. To będzie długi miesiąc.

            Następnego dnia Wojtek zabrał Rozalię na spacer. Był środek listopada. Szarość Londynu na kilka dni zniknęła i pojawiła się piękna i ciepła jesień. Gdy wsiedli do samochodu bramkarz wcale nie miał zamiaru jechać do parku. Zabrał Rozalię poza Londyn. Za szybą pojazdu ukazywały się niezabudowane pola które ciągnęły się kilometrami.
            Rozalia próbowała wyciągnąć od chłopaka jakiekolwiek informacje dotyczące tego, gdzie ją zabiera. Ale on nie miał zamiaru nic mówić. Uważał że to będzie dla niej niespodzianka. Stosowała różne taktyki najpierw chciała go udobruchać mówiąc mu jak bardzo go kocha, a następnie udając obrażona. Na niego jednak nic nie działało.
-Gdzie my jesteśmy i co tutaj robimy? – zapytała Raniewska kiedy Wojtek zatrzymał samochód.
-Zobaczysz. – odpowiedział tajemniczo biorąc ją za rękę.
 -Ale gdzie my idziemy?
-Pójdziemy na spacerek, a później będzie niespodzianka. – uśmiechnął się.
-Mam zacząć się bać?
-Nie no co ty.
Cztery godziny później

-Gdzie my jesteśmy geniuszu? – zapytała zmęczona Rozalia.
-Za niedługo będziemy na miejscu. – odpowiedział.
-Mówisz tak od kilku godzin, a mnie już nogi strasznie bolą i nie mam siły żeby iść dalej.
-No za chwilkę naprawdę będziemy na miejscu. – przekonywał ją sam w to niedowierzając.
-Nie! Mi jest zimno i bolą mnie nogi! Nigdzie się stąd nie ruszam. – zaprotestowała siadając na starym, spróchniałym pniu.
-Kochanie, już niedaleko.
-Chyba sam w to wątpisz. Zgubiłeś się, nie, zgubiłeś nas oboje. Gdzie my do cholery jesteśmy?
-Emmm, no ten…
-Aha oczywiście wiem gdzie to jest. –powiedziała ironicznie.
-No bo gdzieś za tą górą jest jakiś drewniany domek który wynająłem na dwa dni. Tylko nie pamiętam jak tam się szło. – przyznał się.
-Samochodem nie mogliśmy jechać?
-No nie, bo by mi się pobrudziło! A po za tym jest za stromo. Mogliśmy tylko specjalną terenówką, którą proponował mi właściciel ale powiedziałem że sobie poradzimy.
            Rozalia spiorunowała go natychmiast spojrzeniem rzucając w niego jedną z rękawiczek, która trafiła go prosto w twarz. Szczęsny nie został jej dłużny. Natychmiastowo zareagował. Ściągnął swoją czapkę i rzucił w nią. I zaczęła się bitwa. Rozalia rzuciła swoją drugą rękawiczką a później musiała się bronić bo nie zostało jej już żadnej ‘amunicji’. Gdy dziewczyna poprawiała swój szalik Wojtek podszedł do niej od tyłu łapiąc ją delikatnie w talii. Nie spodziewała się tego. Ześlizgnęła się z pnia z hukiem uderzając o mokrą ziemię tyłkiem. Obolała wstała z pomocą Wojtka, który nie mógł powstrzymać napadu śmiechu. Bowiem jej całkiem nowe i białe spodnie zostały właśnie pobrudzone błotem, w najmniej odpowiednim miejscu.
-Nie śmiej się, to nie śmieszne! – rozkazała.
- Kiedy ty tak fajnie wyglądasz. – śmiał się. – Wprowadzasz nową modę.
-Jeszcze się policzymy Szczęsny. – powiadomiła go grożąc palcem.
-Oczywiście kochanie. – odpowiedział obejmując ją ramieniem.
-Możemy już wracać do domu? Trochę głodna się zrobiłam.
-Gdybym tylko wiedział w którą stronę. –wymamrotał pod nosem.
-Mówiłeś coś?
-Nie.
            Plątali się po tym lesie jeszcze przez kilka dobrych godzin. Jednak niespodzianka Szczęsnego okazała się totalną klapą, choć chęci były dobre. Zanim dotarli do samochodu zdążyli się pokłócić dwa razy i oczywiście pogodzić. Wojtek chciał nastraszyć swoją dziewczynę wmawiając jej że w tym lesie nocą chodzą niedźwiedzie. I udało mu się. Przestraszył ją do tego stopnia że nie mogła się poruszyć. Musiał wziąć ją na plecy i nieść do samego samochodu. Już wtedy żałował swojego żartu. Wszystko było by jeszcze dobrze, gdyby nie usłyszeli jakiegoś szelestu w głębi lasu. Byli pół kilometra od parkingu. Słychać było łamiące się patyki. Rozalia była wystraszona. Z tego strachu trzymała się kurczowo Wojtka momentami dusząc go. Kiedy oboje byli przerażeni, a Wojtek zaczął uciekać z Raniewską na plecach okazało się że było to zwykły zając. Zwykły najzwyczajniejszy zając.
-Bałeś się, przyznaj. – powiedziała Rozalia siedząc na fotelu obok kierowcy pokazując szereg białych ząbków.
-Nie bałem się, nie chciałem po prostu żeby coś ci się stało. – tłumaczył się.
-Jasne, już ci uwierzę.
-Nigdy więcej nie pójdę do lasu. Nigdy.
-A ja pójdę, tylko z lepszym przewodnikiem. – powiedziała wystawiając mu język.
-Jeszcze się policzymy. – powiedział wrogo Szczęsny.

            Rozalia uśmiechnęła się w duchu i pocałowała go w policzek. Wojtek nie czekał długo. Złapał ją za rękę i pocałował w dłoń…

###
WAŻNE OGŁOSZENIE
chciałabym dodać w tym miesiącu przynajmniej jeszcze jeden rozdział. Ale nie mogę tego obiecać. przede mną testy gimnazjalne, powtórki , testy do bierzmowania i zawody. Mam mase zajęć i czasem brakuje mi czasu dla samej siebie. Dziś znalazłam trochę czasu i dokończyłam ten rozdział, który był do połowy napisany. W kwietniu niestety nie dodam nic. Mam testy, które są dla mnie teraz najważniejsze i chcę się na nich wyłącznie skupić. Chę napisać je na miarę swoich możliwości, tak żeby dostać się do dobrego liceum. Oczywiście nie porzucę tego bloga. Za bardzo się do niego przywiązałam i wsadziłam dużo pracy w niego.
Dziękuje za tak miłe komentarze i możecie pytać mnie o co tylko chcecie. Odpowiem na szystko wczesniej czy pózniej ponieważ nie ma mnie na bloggerze codziennie xd
zapraszam na mojego drugiego bloga na którym wkrótce coś się pojawi ;) It's only words





Do następnego :*

czwartek, 20 lutego 2014

Rozdział 29

Czasem po prostu nie jesteś w stanie zrobić już nic, bo nie masz siły walczyć o coś co przybija Cię z każdym dniem coraz bardziej...

Od momentu, w którym przyjaciele i rodzina Radka dowiedziała się o jego stanie zdrowia, minęło kilka dni. Wszyscy nieco się uspokoili. Bowiem minął czas, który decydował o jego dalszym życiu. Jego stan był stabilny, choć w dalszym ciągu był w śpiączce farmakologicznej. Maja spędzała całe dnie w szpitalu. Do domu wracała tylko aby się przebrać, czy też wziąć prysznic.
Miała wyrzuty sumienia, że przed samym wypadkiem posprzeczała się. Nie była to wielka kłótnia, po której żadne z rodzeństwa nie odzywa się do siebie przez długi, długi czas. Była to zwykła niezgodność charakterów. Oboje uparci, zawzięci i rozgadani. Kłócili się. Jedno narzekało na drugie i na odwrót. Ale pomimo tego, iż zawsze uparcie twierdzili że się nie cierpią, dopełniali się. Maja bez Radka była by nadzwyczajną dziewczyną, taką jakich na tym świecie jest mnóstwo. Bez niego, nie nauczyła by się jeździć na desce czy też grać w pokera. A Radek bez Majki? No właśnie. On zawdzięczał jej naprawdę wiele. Pierwsze porady dotyczące dziewczyn, otwieranie drzwi za pomocą spinacza biurowego a nawet obsługiwanie kuchenki mikrofalowej. Byli jak Bonnie i Clyde, osobno słabi, ale razem tworzyli zgrany duet, w którym każdy chciałby być.
Trwał środek sezonu. Arsenal miał codzienne, intensywne treningi. Wojtek wracał do trenignów, po ściągnięciu opatrunku, a Aaron chodził zamyslony. Chciał być blisko Majki, choć wiedział że nie może. Ubolewał nad tym, że Wenger nie pozwolił ani jemu, ani Szczęsnemu na wyjazd do Polski. No cóż, przed nimi ważne mecze i nie mogli pozwolic sobie na to aby najlepsi zawodnicy nie byli w wyjściowej jedenastce.
-Proszę iść już do domu. Czas wizyt już się skończył. Powinna pani odpocząć. – odezwała się łagodnym tonem głosu pielęgniarka wchodząc do sali.
-Tak, wiem, ale nie chce. Zostanę jeszcze chwile. – powiedziała ledwie słyszanym głosem Maja.
-Dobrze, ale proszę iść porządnie się wyspać. Jeśli będą nowe wiadomości to powiadomimy panią i rodzinę. – dokończył obdarowywując ją przyjaznym uśmiechem.
Mijały kolejne dni. Rozalia unikała matki, gdy ta była w domu. Nie mogła, a raczej nie chciała z nią rozmawiać. Może chciała się z nią pogodzić, ale Raniewskiej nie to teraz było w głowie. Nie była przekonana co do dobrych intencji matki. Może to tylko złe przeczucia, ale przecież przeczucia czasem się sprawdzają, prawda?
W rodzinie Kamińskich pogodzono się z trudną sytuacją. Codziennie ktoś odwiedzał Radka. W weekendy zjeżdżała się cała rodzina i czuwała obok jego łóżka. Jego stan był stabilny, choć przy próbie wybudzania ze śpiączki farmakologicznej pojawiły się komplikacje. Lekarze tłumaczyli to jako ‘tymczasową reakcje organizmu’. Radek zapadł w śpiączkę, a najgorszą wiadomością była niewiedza. Nikt nie wiedział kiedy się wybudzi. Każdy miał nadzieje że będzie to niebawem, a jego organizm będzie pracował jak przed wypadkiem.
W miedzy czasie, kiedy Arsenal miał kilku dniowy odpoczynek od treningów Aaron przyleciał do Polski. Całe dwa dni spędził razem z Maja w domu. Wpadali na chwilę do szpitala, aby sprawdzić co nowego u chłopaka. Ramsey próbował podnieś swoją dziewczynę na duchu, choć wiedział że będzie to bardzo trudne...

2 miesiące później ...

Nieoczekiwany zwrot akcji. Na śmierć nikt nie jest przygotowany. Nawet osoby które spodziewają się jej. Każda śmierć jest trudna. Każda potrafi przybić człowieka. Każda jest inna, ale każda łamie nam część naszego serca.
Wcześnie rano, gdy wszyscy byli pogrążeni w głębokim śnie, w domu Kamińskich rozdzwonił się telefon. Po odebraniu ojcu bliźniaków odebrało mowę. Usłyszał wiadomość, której do tej pory się wypierał. Jego jedyny syn umarł. Umarł, po długiej walce o życie. Lekarz mówił że nie żyje, a Maja razem z matką nie mogły powstrzymać łez. Czuły że świat walił im się na głowy, a one nie mogły powstrzymać tego. Nie potrafili nic powiedzieć. Umarła osoba którą znali od pierwszego oddechu, kochali go. Byli bezsilni, bo któż może się liczyć ze śmiercią? Nikt nie jest w stanie jej powstrzymać i tak było tym razem. Każdy umiera wcześniej czy późnej, jesteśmy przyzwyczajeni że śmierć osób starszych jest normalnością, ale nie tak młodych ludzi. Ludzi, którzy jeszcze dobrze nie zdążyli poznać życia, poznać siebie samych. Nie pomogły leki ani nowoczesna medycyna, o której tak wiele się mówi. Także nadzieja, którą wszyscy mieli nic nie dała. Teraz panował smutek, rozpacz… Atmosfera panująca w domu była przytłaczająca, również zza oknem. Szarość codziennego dnia i nieustannie padający deszcz. Panowała wszechogarniająca cisza, i można było usłyszeć tylko ciche szlochanie rodziny zza drzwi swoich pokoi. Nadzieja umarła… Umarła część duszy…
 I w jednej chwili Maja potrafiła wykrzywić usta wypełniając je smutkiem. Ubrana w dresy wyszła po kilku godzinach z domu ze świadomością, ze w tym momencie potrzebuje odrobiny samotności. Zatapiając usta w butelce od alkoholu i trzymając w reku papierosa, włączała na telefonie piosenki które odzwierciedlały jej teraźniejszy nastrój. Zamknęła oczy, unosząc głowę ku górze. I właśnie wtedy zaczęła uświadamiać sobie, ze jej dusza jest martwa, ze nigdy nie będzie jak kiedyś.
Przez kilka kolejnych dni rodzina chłopaka była pogrążona w głębokim smutku. Trwały również przygotowania do pogrzebu. Cała rodzina przybyła na tą uroczystość. Również Wojtek i Aaron uprosili Wenger’a aby przylecieć do kraju na kilka najbliższych dni.
Uroczystość odbyła się równo o godzinie 12:00. Ksiądz wygłosił kazanie i odprawił mszę pogrzebową. Będąc na cmentarzu, zgromadzeni pogrążeni byli w głębokiej ciszy. Słychać było tylko gorzkie szlochanie i dźwięki samochodów dochodzących z ulicy. Majka wyglądała dużo gorzej niż dzień po wypadku. Podkrążone oczy, cera bledsza niż śnieg, fioletowo siwe usta i smutek wypisany nie tylko na twarzy ale również w oczach. To nie była dziewczyna która każdego zarażała swoim uśmiechem i humorem. Gdzieś w środku nadal była nią, ale gorycz i smutek panowała nad jej ciałem. W czarno kruczej sukience wyglądała na dużo starszą. Nie zwracała uwagi na ludzi którzy przez kilka ostatnich dni omijali ją przyglądając się jej. Zdawała sobie sprawę że wygląda niczym widmo, ale nie miała siły udawać że wszystko jej dobrze.
-Majka, musisz odpocząć. Pojedziemy do domu. – powiedział łagodnym tonem głosu Aaron przytrzymując ją za rękę.
            Odwróciła głowę w jego kierunku. Popatrzyła na niego swoimi czerwonymi i zmęczonymi oczami. Nie miała siły się mu sprzeciwiać. Bo po co?  Zostali sami wśród setek kamiennych grobowców. Czuła się fatalnie. I nie potrafiła się niczym cieszyć. Była wdzięczna Ramsey’owi że czuwa przy niej i nie pozwala aby się całkiem załamała.
-Dziękuję. – powiedziała łamiącym się głosem kiedy jechali samochodem.
-Za co? – zapytał nieco zdezorientowany.
-Za to że jesteś przy mnie. –odpowiedziała ledwie słyszalnym głosem.
            Posłała mu lekki uśmiech. Uniosła swoje kąciki ust na tyle, ile była w stanie. Aaron złapał ją za rękę i mocno ścisnął dodając jej otuchy.
-Nie musisz udawać silnej. – powiedział patrząc w jej oczy, kiedy byli już w jej pokoju.
-Nie udaje.
-Nie kłam, widzę że sobie nie radzisz.
-Nie kłamię. Nie wierzysz mi? – powiedziała z wyrzutem.
-Kocham cię i się martwię.
-Niepotrzebnie. – odpowiedziała hardo.
            Chłopak podszedł do niej przytulając ją mocno, dając upust jej emocją. Wtuliła się w niego mocząc jego jasno niebieską koszulę. 
-Nie radzę sobie. - wyznała.
-Wiem, kochanie wiem. Ale wszystko będzie dobrze. - wyjaśnił jej gładząc ją po włosach. 
-Obiecujesz? - zapytała wycierając łzy.
-Obiecuje. - obiecał po czym pocałował Maję w czubek głowy.


-Maja wraca teraz do Londynu? – zapytał po chwili milczenia Wojtek wychodząc do Rozalii na taras.
-Nie, teraz raczej nie. Być może za tydzień. Na pewno nie zostanie w Polsce. Za dużo wspomnień, które ją przytłaczają. – odpowiedziała.
-Zostaniesz z nią teraz, czy wrócisz ze mną i Aaronem jutro?
-Zostanę i w sobotę wrócę. Opuściłam już wystarczająco dużo zajęć.
-Mam dziewczynę kujona. – zaśmiał się pod nosem, posyłając jej szeroki uśmiech.
-Nie jestem kujonem, po prostu ojciec uczył mnie żebym zawsze dążyła do celu.
-Oczywiście, a ja jestem Czerwony Kapturek.
-Raczej ten wilk, co babcie i Kapturka pożarł. – odpowiedziała kpiąco krzyżując ręce.
-Jeszcze się doigrasz. – powiedział wrogo.
-Grozisz mi?  - zapytała z niedowierzaniem po chwili.
-Nie, no co ty! – odparł.
            Uśmiechnął się pokazując jej szereg śnieżnobiałych zębów. Zbliżył się do niej i przyciągnął do siebie. Czuła jego wzrok na swoim ciele. Zawsze taka sytuacja przyprawiała ją o zawrót głowy, czuła się bezpiecznie. Woń jego perfum była tego dnia tak kusząca, że uniesposób było się jej oprzeć. Patrzyli sobie w oczy, mimo że jeszcze przed kilkoma chwilami martwiła się o Maję. W głębi duszy współczuł Kamińskiej, ale najważniejsze było dla niego szczęście Rozalii, która dzięki niemu uśmiechała się od ucha do ucha.
-Wojtek, mam takie dziwne uczucie – zaczęła Rozalia.
-Jakie? – dopytywał się.
-No takie dziwne. Takie jakbyś coś przede mną ukrywał. – dokończyła wyswobadzając się z jego objęć spoglądając na niego.
-Nie mam przed tobą tajemnic. – odrzekł natychmiastowo czując na sobie jej przenikliwy wzrok. – Nie masz się czym martwić. – uspokoił ją całując dziewczynę w policzek. Czuł w duchu zdenerwowanie. Czy ona coś podejrzewała? A może tylko takie dziwne uczycie? Przeklinał myślach siebie samego że wcześniej nie powiedział jej małego szczególiku.
-To dobrze.
-Kochanie…- powiedział kiedy brunetka wchodziła do domu.
-Tak?- Zatrzymała się i odwróciła.
-Nic takiego- odpowiedział - Chciałem tylko jeszcze raz na Ciebie spojrzeć.
-Kocham cię

-Ja ciebie też…

+++
Chciałam dobrze a wyszło jak wyszło. Zła na siebie jestem bo dodać miałam dużo wcześniej -,-
Przepraszam, nie chce się tutaj rozpisywać o tym że mam nawał nauki itp. Po prostu następnym razem czyli za tydzień mam nadzieje że dodam dużo dłuższy i ciekawszy. 

ps. oglądaliście wczorajszy mecz Arsenalu i Bayernu? :O 
Wojtek ma czerwoną kartke! Nie mogłam uwierzyć. Powtarza się po raz kolejny sytuacja z Euro. Byłam pewna że Arsenal wygra ten mecz, a tu proszę. Niespodzianka :x

 

czwartek, 23 stycznia 2014

Rozdział 28

Bo nigdy nie wiadomo , z której strony powieje wiatr , w którą stronę popchnie nas przeznaczenie...

Dzień był paskudny. Całą noc padał deszcz, który stukotał o parapet i szyby okien. Londyn popadł w melancholijny nastrój, a na ulicach trudno było dostrzec jaką kol wiek żywą duszę. Był początek września, choć pogoda zza oknem przypominała listopadowy dzień. Szary, deszczowy i pogrążony w smutku .
            W mieszkaniu Szczęsnego od samego rana trwały szybkie przygotowania do wyjazdu Rozalii. Cała czwórka wcześniejszego wieczoru ustaliła, że Maja nie może zostać teraz sama. Potrzebowała kogoś bliskiego, kto mógłby ją wesprzeć psychicznie, aby nie załamała się i nie zamknęła na otaczający ją świat. Aaron nie mógł teraz wziąć urlopu, ani wyrwać się na kilka dni. Ubolewał, ale Wenger był nieugięty, podobnie jak cały zarząd. Współczuł Majce, ale był bezsilny. Traktował każdego piłkarza jak własnego syna, nie ważne co zrobił, zawsze potrafił ich usprawiedliwić i zrozumieć.
            Zegarek pokazał godzinę ósmą rano. Do wylotu samolotu zostało równe trzy godziny. Rozalia była załamana. Całą noc przepłakała samotnie w sypialni. Przy Mai starała się nie płakać i pokazać że wszystko będzie dobrze, a Radek wyzdrowieje. Sama starała się w to wierzyć i mieć nadzieje że jednak nie umrze. Nie mógłby, nie teraz. Płakała, gorzko płakała, bo po raz drugi z jej życia znika osoba bliska jej. Nie mogła w to uwierzyć, chciała żeby to był koszmar, zły sen z którego za chwile obudzi się z głośnym krzykiem. Lecz niestety, koszmar senny okazał się jawą.
Popuchnięte, zaczerwienione oczy, blada twarz, włosy związane tak aby nie spadały na twarz i podkowy pod oczami. Gdyby ktoś zobaczył teraz Rozalie, pomyślał by że jest nocną marą, albo duchem. Nawet najlepsza makijażystka, nie potrafiła by ukryć bólu wypisanego na jej twarzy.
-Rozalia – powiedział łagodnym głosem Wojtek cicho uchylając drzwi sypialni. – zrobiłem ci śniadanie, powinnaś coś zjeść.
-Nie jestem głodna.- odpowiedziała nadal wpatrując się w okno, za którym ciągle trwała ulewa.
-Musisz, wyglądasz blado, martwię się. – spostrzegł zatroskany.
-Ale nie mogę… - odparła drżącym głosem.
            Odwróciła się, opierając się o parapet. Ukryła twarz w dłoniach, a po jej policzku znów poleciała łza.
-Będzie dobrze. – oznajmił łagodnym tonem głosu Szczęsny mocno przytulając ją do swojego torsu.
-Nadal nie mogę  w to uwierzyć…
-Wiem, ale wszystko się ułoży.
-Powinniśmy już jechać, bo  się spóźnię na samolot. – odparła wymijając chłopaka i wychodząc z pokoju.

            Na lotnisku panował tłok, jak zazwyczaj o tej porze. Na samym środku czekała Rozalia wraz ze Szczęsnym na jej przyjaciółkę. Kilkanaście minut przed odlotem zjawili się na lotnisku, wyłaniając się z tłumu. To co zobaczyła Raniewska jeszcze bardziej ją dobiło. Nigdy nie widziała w takim stanie swojej najlepszej przyjaciółki. Maja była śnieżnobiała, z czerwonymi oczami od wylanych łez. Na jej twarzy malował się nie tylko ból ale smutek który był wyraźnie wypisany. Nie było tej iskierki w oczach, która zawsze była oznaką szaleństwa i nieprzewidywalności.
-Musicie już iść. – oznajmił Wojtek.
-Tak, wiem. – odpowiedziała Majka próbując nie rozpłakać się.
-Ciii, jestem przy tobie. – oznajmił Aaron próbując zachować zimną krew. – Za kilka dni przylecę do ciebie, skończą się najbliższe dwa mecze i będę mógł być przy tobie. – próbował ją pocieszyć.
            Nie odpowiedziała, ale widział że potrzebowała teraz jego obecności. Nie radziła sobie z tymi uczuciami i myślami które zaprzątały jej głowę. Była bezradna, i zupełnie nie przygotowana na taki obrót sprawy. A pomyśleć, że jeszcze kilka dni temu kłóciła się z bratem, kto oszukuje w karty.
-Rozalka, jeśli mi się uda przylecę jutro, choć nie obiecuje. Postaram się. – powiedział Wojtek.
-Jasne. – odparła czując że nie potrafi wydusić z siebie żadnego słowa, a nawet złożyć poprawne zdanie.
-Posłuchaj. – powiedział chwytając delikatnie jej dłoń.
            Trzymał ją za rękę, która była zimna i równie blada co jej twarz. Nie wiedział co powiedzieć, nie wiedział jak się zachować. Nie chciał palnąć żadnego głupiego słowa, które przybiło by ją jeszcze bardziej.
-Dziękuję, dziękuję że jesteś. – wykrztusiła z siebie brunetka skłaniając się do mimowolnego uniesienia kącików ust.
            Mocno przytuliła się do niego, wdychając po raz ostatni zapach jego perfum. Po chwili wzięła swoją walizkę i udała się na pokład samolotu. Zniknęła razem z Majką w tłumie zabieganych ludzi. Czuł bezsilność, podobnie jak Ramsey który tępo spoglądał w miejsce gdzie przed chwilą zmierzały polki.

Szpital
            Tuż po wylądowaniu w Polsce i odwiezieniu rzeczy dziewczyny udały się do szpitala. Liczyła się każda minuta, sekunda, która decydowała o tak ważnych rzeczach.
            Na szpitalnym obskurnym korytarzu stało kilkoro osób, które Maja tak jak i Rozalia dobrze znały. Zazwyczaj na ich twarzach widniały uśmiechy, ale nie tym razem. Wszyscy pogrążeni w milczeniu i zadumie. Milczeli. Każdy rozmyślał o tym co będzie dalej. Nikomu nie było łatwo. Nikomu, kto choć trochę znał Tomka, czy Radka. Dziewczyny dołączyły do grupki ludzi. Piotrek pierwszy zauważył że ktoś doszedł. Obrócił się i podszedł do Majki mocno ją przytulając. Próbował wydusić z siebie choć jedno słowo otuchy, ale nie potrafił. Nie radził sobie z tą sytuacją. Z tym że jego najlepszy przyjaciel leży teraz na szpitalnym łóżku przypięty do aparatury walcząc o życie. Mimo że był mężczyzną, który zawsze jest twardy, widać było że cierpi. Rodzice bliźniaków podeszli do Mai, która z zapłakanymi oczami wtuliła się w matkę łkając.
-Ciii, córeczko wszystko będzie dobrze. – powiedziała spokojnie próbując uspokoić blondynkę, choć sama do końca nie wierzyła własne słowa.
-Co z nim? – zapytała ledwie słyszalnym głosem gdy usiadła wraz z matką na ławeczce.
-Nic jeszcze nie wiemy. Lekarze milczą. Mówią że potrzeba czasu aby ustalić jego stan. – wytłumaczyła, próbując powstrzymać napływ łez.
-A co z Tomkiem? Czy on…?- zapytała po chwili Rozalia patrząc wyczekująco przyjaciół.
Ojciec Mai pokiwał przecząco głową a reszta ze spuszczonymi głowami wyczekiwała wiadomości o stanie zdrowia młodego Kamińskiego.
-Jak to się stało? – dążyła dalej Raniewska, czując że jej serce nie wytrzymuje tego ciężaru.
-Wracali z imprezy. Było ślisko, jechali za szybko i wpadli w poślizg – zaczęła Sabina, która opierała się o blado niebieską ścianę. – Zza zakrętu niespodziewanie wyjechała jakaś ciężarówka i zderzyła się z samochodem. Uderzyła w pojazd od strony kierowcy, czyli Tomka. – wyjaśniła.
-To moja wina. – przyznał się Piotrek, a Rozalia popatrzyła na niego z niedowierzaniem. – Wszystko przeze mnie.
-Uspokój się chłopcze, tu nie ma winnych. Nie mogłeś nic zrobić. – podniósł głos ojciec.
-Mogłem, mogłem powiedzieć żeby zaczekali na mnie wtedy wrócili by później. Ale nie, mi się zachciało balować, psia mać! – krzyczał zdesperowany. Ukrył twarz w dłoniach i osunął się na posadzkę.
-Pan Stefan ma racje Piotrek. To nie twoja wina. Nikt nie spodziewał się że ta ciężarówka pojawi się tak nagle. Ja też byłam na imprezie, ale nic nie mogliśmy zrobić. – wytłumaczyła mu Pola klękając obok niego. Wzięła jego twarz i zmusiła aby popatrzył na nią. – Wszystko będzie okej, jasne? – zapytała. Chłopak nie odpowiedział tylko przytulił ją mocno, czując bezsilność.
            Nie padły już żadne pytania. Dla każdego był to jeden wielki koszmar. Koszmar który z każdą sekundą uświadamiał że jednak jest najprawdziwszą jawą.
            Po dłuższej chwili drzwi po pokoju Radka uchyliły się. Wyszła pielęgniarka. Niosła ze sobą stertę papierów i bez żadnego słowa skręciła ku recepcji zostawiając czekających w osłupieniu i jeszcze większym przerażeniu. Następnie w białym fartuchu wyszedł mężczyzna. Doktor. Niski i przy kości, z siwizną na głowie i dwudniowym zarostem.
-Czy państwo są rodziną pana Radosława Kamińskiego? – zapytał spoglądając na grupkę.
-Tak. – odparli jak na komendę zrywając się szybko na nogi i podchodząc do lekarza ze strachem.
-Na litość boską, niech pan wreszcie nam coś powie. – wycedziła zdenerwowana matka bliźniaków, przeczesując włosy.
-Po licznych badaniach, z przykrością muszę stwierdzić że stan pacjenta jest bardzo ciężki. Ma krwotoki wewnętrzne które udało się nam zatamować, złamana noga i trzy żebra. Zmiażdżona kość promieniowa i łokciowa, a także liczne zadrapania, otarcia i głębokie skaleczenia. – przerwał na chwilę, by spojrzeć na kartę pacjenta i po chwili dalej kontynuował. – Pacjent znajduje się w tej chwili w śpiączce farmakologicznej, aby jego narządy zaczęły lepiej funkcjonować oraz aby jego stan się ustabilizował.
-A kiedy – zaczęła mama pacjenta, lecz lekarz nie pozwolił jej dokończyć.
-Nie potrafię określić kiedy będziemy go wybudzać. Tak jak mówiłem stan jest bardzo ciężki i o tym czy przeżyje zadecydują najbliższe dwadzieścia cztery godziny. Po tym czasie będziemy podawać leki, aby wrócił do pełnego zdrowia, lub żeby przynajmniej mógł się kontaktować.
-Co to znaczy? – zapytała drżącym głosem Maja, która z każdą chwilą traciła grunt pod nogami.
-To znaczy że nie można na dzień dzisiejszy stwierdzić czy rdzeń kręgowy i kręgosłup nie zostały uszkodzone. Przepuszczam, że jeżeli pacjent się obudzi to będzie sparaliżowany całkowicie lub częściowo biorąc pod uwagę szybkość z jaką uderzyła w samochód ciężarówka ale również fakt, że samochód kilkakrotnie dachował a chłopak nie był przypięty pasami. – zakończył.
            Odpowiedział jeszcze na kilka najważniejszych pytań i udał się na obchód. Zapadła grobowa cisza. Nie spodziewali się takich wiadomości. Nie aż tak tragicznych. Milczeli. Lekarz zezwolił by do Radka weszło kilka osób. Mieli pięć minut, pięć i ani sekundy dłużej.
            Leżał bezbronny na szpitalnym łóżku. Podpięty do aparatury. Twarz miał posiniaczoną z opatrunkiem który zakrywał ślady szycia lekarskiego. Oddychał miarowo. Wydawało się że śpi. Spokojny, naturalny. A jednak. Teraz walczył o swoje życie. Cierpiał, ale zagłuszały to leki przeciwbólowe, które przed chwilą podała pielęgniarka. Sabina próbowała pocieszyć zgromadzonych w sali. Odczuwali pustkę. Nie miał ich już kto rozśmieszać, czy opowiadać o tym jaką taktykę używa aby zagadać do dziewczyny. Brakowało dwóch osób, które upiększały ten świat. Świat przepełniony optymizmem i radością. Teraz jest to tylko złudzenie. Wszystko się wali. W jednej chwili utracili przyjaciela, by w kolejnej dowiedzieć się, o walce brata o życie. Kto by pomyślał że to tak szybko zniknie. Żyli w złudzeniu że dożyją szczęśliwie wieku emerytalnego, wybiorą się na wycieczkę do Meksyku, w czasie gdy ich dzieci będą zajmowały się własnymi pociechami. Życie niczym mgła, która pojawia się wczesnym rankiem i znika szybko tak jak się pojawiła…
            Zgodnie z zarządzeniem pielęgniarki wyszli niechętnie z pomieszczenia. Lekarz ponownie wytłumaczył że siedzenie na korytarzu jest bezsensowne, jednak rodzicie pacjenta nie brali tego pod uwagę. Siedzieli wspólnie trzymając się za rękę i odmawiając kolejny dziesiątek różańca. Modlili się żeby przeżył, żeby mógł normalnie żyć. Ale czy to wystarczy?

            Rozalia wróciła do swojego rodzinnego domu po północy. Stwierdziła że głupotą było by unikanie matki, z którą prawie w ogóle nie miała kontaktu od bardzo dawna. Otworzyła drzwi kluczem leżącym pod wycieraczką i na palcach weszła do środka. Ściągnęła po cichu buty i skierowała się w stronę schodów. W tym samym momencie światło w korytarzu zaświeciło się, a Rozalia poczuła się jak włamywacz. Sama nie wiedziała dlaczego. Nie była tu od miesięcy, nawet nie uprzedzała matki o tym że wraca. W progu stanęła Judyta bacznie przyglądając się córce. Zlustrowała ją od góry do dołu sprawiając że brunetka poczuła się niekomfortowo.
-Nic nie mówiłaś że wracasz. – oznajmiła chłodno Judyta krzyżując ręce.
-Bo sama nie wiedziałam. To wyszło nagle. – burknęła próbując jak najszybciej wymigać się z tej konwersacji.
-Dawno cię nie widziałam. Zmieniłaś się, może niedużo ale jednak trochę. – powiedziała przyjaźnie, zbliżając się do niej i uniosła swoje kąciki ust.
-Słucham?! Czy ty powiedziałaś właśnie coś, co przypominało komplement?- zdziwiła się otwierając szerzej oczy.
-Tak, chyba. Córeczko, cieszę się że przyjechałaś.
-Córeczko?! Kpisz sobie? – zapytała drwiąco Rozalia która próbowała opanować swoją złość aby nie wybuchnąć. Płacz, gorycz, wszystko co najgorsze zbierało się w niej od kilku dni. Nie chciała pokazać jak raniły ją słowa z ich ostatniej rozmowy.
-Ja wiem, że źle postępowałam, ale chcę się zmienić. Chcę odbudować z tobą wieź. Chodzę do psychologa, zrozumiałam wiele spraw i
-Nie wierze, i nie ufam ci. Człowiek nie zmienia się tak z dnia na dzień, a szczególnie ty! – krzyczała w stronę matki.
-Ale jednak wróciłaś do Polski. Do domu. – powiedziała uśmiechając się przy tym lekko.
-Przyjechałam, bo Radek miał wypadek razem z Tomkiem. Gdyby nie to, niebyło by mnie tutaj. Zaczęłam nowe życie w Londynie i jestem szczęśliwa. Zrozum, ja nie potrafię wymazać z pamięci ostatnich lat. Najpierw moja nieudolna osiemnasta, śmierć Damiana, kłótnie z tobą, a teraz wypadek.- mówiła.
            Rozpłakała się. Płakała, a nie powinna. Przecież zawsze wmawiała sobie że musi być silna i nie pokazywać swoich słabości. Nie lubiła robić z siebie ofiary, której każdy współczuł .  Ale teraz była trudna sytuacja. Nie było Wojtka, któremu mogła by się wypłakać. Nie było Majki, wiecznej optymistki wierzącej że zawsze wszystko się ułoży. Nie było Sabiny, przecież ona przeżywała teraz śmierć Tomka, z którym przyjaźniła się od zawsze. Ani Piotrka, który obwiniał się za wypadek.
-Co  z nimi? – zapytała wybałuszając oczy z niedowierzania.
-Tomek nie żyje, a Radek nie wiadomo jak długo. – załkała.

            Judyta podeszła do niej, ale Rozalia natychmiast się odsunęła i pobiegła do swojego pokoju. Zatrzasnęła z wielkim hukiem drewniane drzwi i zamknęła je na klucz. Osunęła się na ziemie i zaczęła płakać. Wtedy wróciły wszystkie wspomnienia… 


+++
I mamy już 28 rozdział ;D
Coś mi sie wydaje że epilog nastąpi niebawem, ale uprzedze o tym. Na moje oko jeszcze tak z 4 może 5 rozdziałów bez epilogu xD
Zaskakująco dobrze mi się pisało, choć ostatnio mam mase spraw na głowie i totalny brak czasu dla siebie ;x
Rozdział napisany, oceny prawie wystawione, ferie za tydzień. Żyć nie umierać. 
Oceniajcie, komentujcie. Mam nadzieje że wam się spodoba <3
Zostawcie po sobie krótki komentarz, który daje motywacje i świadomość że ktoś czyta te wypociny :P 
ps. nastepny postaram sie dodac za tydzien, bo w 1 tygodniu ferii nie ma mnie w domu. Nareszcie jakiś urlopik xD
Themalkina .;D




środa, 8 stycznia 2014

Rozdział 27

Nie zapomniałem, że cię nie ma, w sercu dalej jesteś. Zapalam świeczkę- jedną, drugą, trzecią, czwartą i co z tego, jak Tobie już światło zgasło.

Wydawać by się mogło że Majka tak jak i Rozalia mają wszystko, co jest niezbędne do szczęścia. Przyjaciół, chłopaka, a wręcz księcia n a białym koniu i wymarzoną uczelnię na której mogą studiować. Ale to wszystko jest kruche, niczym porcelana. Nikt nie jest nigdy przygotowany na problem i trudności. Świat i życie jest tak stworzone, że gdy nasze życie wychodzi na prostą, to za chwile napotykamy kolejną przeszkodę. Tylko nieliczni są w czepkach urodzeniach i wszystko idzie po ich myśli. 
Obudziłam się dosyć wcześnie. Mówiąc wcześnie mam na myśli czas, kiedy było jeszcze ciemno, a słońce dopiero miało wschodzić. Obracałam się z boku na bok, ale i tak nie mogłam ponownie zasnąć. Wojtek jeszcze spał, jak małe dziecko. Miał spokojną twarz i lekko rozchylone usta. Wstałam leniwie z łóżka i poszłam do łazienki. Wzięłam zimny prysznic, który od razu postawił mnie na nogi. Ubrałam się w krótkie spodenki i luźną bluzkę, a włosy związałam w luźny kucyk.
Gdy wyszłam z łazienki Wojtek już nie spał. Kręcił się po kuchni przygotowywując śniadanie. Na nic szczególnego liczyć nie można było, gdyż Szczęsny do gotowania nie nadawał się zupełnie. Mówią że faceci, zawsze sobie potrafią poradzić i z głodu nie umrą. Ale chyba brali pod uwagę fakt, że supermarkety otwarte są dwadzieścia cztery godziny na dobę, i w każdej chwili mogą kupić sobie jakieś przekąski. Ale wracając do kuchni i Wojtka który starał się zrobić naleśniki. Na blacie była porozsypywana mąka i cukier, nie wspominając już o podłodze. Obserwowałam go z niedowierzaniem, jak w niecałe dwadzieścia minut można doprowadzić kuchnie do takiego stanu. Gdy tylko mnie zauważył, oparł się o szafki próbując ukryć cały bałagan. Uśmiechnął się do mnie przepraszająco, i nie było szans abym się na niego gniewała, z resztą sama też nie jestem maniakiem porządku.
-Czy ty chcesz iść do Masterchefa? – zapytałam śmiejąc się z jego głupiej miny i mąki na twarzy.
-Myślisz że zdobył bym sympatie Magdy Gessler? – odpowiedział pytaniem na pytanie ściągając fartuszek z logiem Arsenalu.
-Myślę, że mógłbyś zdobyć fartucha za to że przyszedłeś do programu, ale później na pewno musiał byś go oddać. – oznajmiłam udając zasmuconą.
-Nie oddał bym go! Ukradł bym tego fartucha, a później pokazał Jankowi że jestem najlepszy i nie wiercił by mi już dziury w brzuchu, że gotować nie potrafię. – odparł dumnie wypinając pierś do przodu.
-Jesteś najlepszym bramkarzem, ale kucharzem to chyb raczej nie. – powiedziałam siadając na krześle przy stole.
-Dlaczego?
-Bo właśnie spaliłeś trzecią patelnie w tym tygodniu. – wydukałam patrząc z politowaniem na kuchenkę.
            Wojtek w mgnieniu oka ściągnął palącą się patelnie z kuchenki rzucając ją do zlewu. Przez ten pośpiech zapomniał o założeniu rękawicy kuchennej. Zawył z bólu na całe mieszkanie patrząc na swoją poparzoną dłoń. Była cała czerwona i puchła coraz bardziej. Miałam wielkie obawy czy nie skończy się to jakimś opatrunkiem. Czym prędzej obmyłam mu ją zimną wodą i ku jego niezadowoleniu zawiozłam do szpitala, żeby tam fachowo się tym zajęli.
            Dwadzieścia minut później byliśmy na miejscu, a lekarz od razu wziął go do gabinetu. Zza drzwi było słychać po dłuższej chwili podniesiony ton Wojtka, gdy kłócił się z lekarzem. Byłam zdenerwowana, ponieważ nie wiedziałam co doprowadziło go to złości. Czas dłużył mi się w nieskończoność, i wydawało mi się że każda minuta jest godziną. Chodziłam po korytarzu w kółko czekając na swojego chłopaka.
            Po jakimś czasie z gabinetu wyszedł Wojtek z karteczką w lewej dłoni. Bez słowa ominął mnie kierując się do samochodu. Na poparzonej dłoni miał opatrunek zawinięty bandażem, i wiedziałam już że kolejne kilka dni będzie miał zły humor. Nie doczekałam się żadnych wiadomości co z jego dłonią, więc ruszyłam marszem za nim. Szedł szybko, a mi nie śpieszyło się dlatego nie próbowałam go nawet doganiać. Zwolnił dopiero na parkingu. Stanął i odwrócił się w moją stronę czekając aż do niego dojdę.
-Co z twoją ręka? – zapytalam kiedy znalazłam się obok niego.
-Lekarz powiedział że przez tydzień mogę zapomnieć o grze. – powiedział wściekły. – Dlaczego akurat teraz?!
-Sam jesteś sobie winny. – oznajmiłam wsiadając do samochodu. – Gdybyś się nie wygłupiał tylko po prostu zrobił normalne śniadanie, to byś teraz nie cierpiał. Ale nie... naleśników ci się zachciało. – odparłam z ironią odpalając silnik.
-Musisz mnie dobijać...? Wystarczy że musze powiedzieć Wengerowi że nie mogę zagrać.
            Do powrotu do domu miedzy nami panowała cisza. Nie chciałam wkurzać Wojtka, bo doskonale wiedziałam że najbliższe mecze są dla niego ważne.  Całą drogę chłopak wpatrywał się tępo w boczną szybę samochodu. Gdy dojechaliśmy bez słowa wyszedł z samochodu i poszedł prosto do sypialni.
            Następnego dnia również obudziłam się bardzo wcześnie. Szybko odbyłam poranną toaletę i 15 minut później byłam już gotowa. Postanowiłam trochę pobiegać. Wolałam to niż siedzenie na kanapie przed telewizorem. Wyszłam z domu bezszelestnie. Najpierw biegłam wzdłuż  głównej ulicy, a później zaczęłam zbaczać w boczne uliczki. Kilkanaście minut później nie miałam zielonego pojęcia gdzie jestem. Mimo że w Londynie mieszkałam prawie od roku, to nadal go nie ogarniałam. Znałam na pamięć drogę do uczelni, supermarketu, mieszkania które dzieliłam z Majką, mieszkania Łukasza, stadionu i lotniska. Na tym konczyła się moja znajomość miasta.
            Z drobną pomocą jakiś przechodniów dotarłam do swojego nowego domu. Wojtek w dalszym ciągu jeszcze spał. Szybko wzięłam prysznic i przebrałam się. Kiedy wyszłam z łazienki zaglądnęłam do sypialni po telefon i wyszłam na taras. Oparłam się  o metalową barierkę patrząc na niebo przysłonięte deszczowymi chmurami.
            Poczułam wokół swojej tali dłoń Szczęsnego, który delikatnie przyciągnął mnie do siebie i pocałował w szyję. Obróciłam się do niego zakładając ręce na jego szyję.
-Gdzie się podziewałaś cały ranek? – zapytał przyciągając mnie do siebie.
-Poszłam pobiegać, nie chciałam cię budzić. – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
-Ranny ptaszek z ciebie, kochanie. –uśmiechnął się do mnie, a ja odwzajemniłam ten gest.
-Za chwile zacznie padać, mam już dosyć tej deszczowej pogody. – powiedziałam znów spoglądając w niebo, które z każdą chwilą stawało się coraz ciemniejsze.
-Pojedźmy gdzieś. – powiedział bramkarz z entuzjazmem.
-Co?! – wypaliłam bez zastanowienia. – Gdzie?
-Sam  nie wiem. Może Hawaje? Albo Karaiby?

-To by były nasze pierwsze wakacje. – uśmiechnęłam się, marząc o gorącym słońcu i ciepłym piasku.  – Ale przed tobą ważne mecze.
-No przecież mam rękę całą w bandażu, jeden pożytek przynajmniej będzie, nie sądzisz? – zapytał unosząc charakterystycznie brwi ku górze.
-Pewnie zrobiłeś to specjalnie! – krzyknęłam i dałam chłopakowi kuksańca w brzuch.
-Ależ oczywiście! Widzisz jaki twój chłopak jest mądry?!
-I za pewne nie pogardziłbyś całusem.
            Chłopak jak na komendę pokręcił twierdząco głową. Wpatrywał się na mnie z uśmiechem od ucha do ucha, tak jakby zobaczył na swoim kupnie że trafiła mu się szczęśliwa szóstka w Lotto.
-Nie dostaniesz buziaka. – przedrzeźniałam się z nim.
- Dostanę.
-Nieeee.
-A właśnie że tak!
            Złapał mnie i bezproblemowo przerzucił mnie przez swoje ramie. W mgnieniu oka dostał się na piętro, mimo mojego sprzeciwu. Ja mierząca ledwo metr sześćdziesiąt cztery przeciwko dwumetrowemu facetowi. To było skazane na porażkę. Pomimo tego że pięściami waliłam w jego tylnią część ciała jemu to nie przeszkadzało, a wręcz przeciwnie doprowadziło do gromkiego śmiechu.
            Rzucił mnie na łóżko i po chwili dołączył do mnie. Przybliżył się do mnie i po chwili jego usta wylądowały na moim policzku.
-Nienawidzę cię, wiesz? – zapytałam zła.
-Zdaję sobie z tego sprawę kochanie. – odpowiedział hardo, nadal się śmiejąc.
-Dlaczego nie możesz mieć normalnego wzrostu?!
-Ja mam normalny, tylko ty jesteś nie wyrośnięta. Taki krasnal.  – wycedził, po czym dostał ode mnie poduszą po łbie.
-Za co? – zapytał zdziwiony?
-Krasnal, mówi ci to coś?
-Żabko moja kochana. – powiedział, ponownie przyciągając mnie do siebie. – Mamy zaproszenie od Aarona i Majki do kina.
-Na kiedy?
-Na dziś. – oznajmił, a moje kąciki ust uniosły się ku górze.
-Na reszcie coś dobrego!
-Czyli idziemy?
-Tak, oczywiście. W końcu nie widziłam się tak dawno z Mają.
-Całe dwa dni! Kobieto, widzialaś się z nią całe dwa dni temu!
-O dwa za dużo. – powiedziałam.
-Nigdy nie zrozumiem kobiet.
-Nawet nie próbuj.

O umówionej godzinie pojechaliśmy do Majki i Aarona. Para jak zwykle zapomniała zamknąć drzwi, dlatego bez problemu weszliśmy do środka. Majka szykowała się w łazience, a Aaron posłusznie jak pies siedział na kanapie wpatrując się tępo w powtórki ostatniego X Factora.
-Coś ty w rękę zrobił? – zapytał Ramsey podnosząc się z kanapy.
-Wypadek przy pracy. – odpowiedział krótko i usiadł wygodnie na fotelu.
-Rozalia ci kazała obiad gotować?
-Śniadanie. – odparł z wyraźnym grymasem na twarzy.
-Dobrze że ja nie muszę.
-Ile ta Majka może się stroić? Już trzydzieści minut czekamy. – warknął Szczęsny sprawdzając po raz kolejny godzinę na swoim zegarku.
-Przyzwyczaj się. Robi to specjalnie, bo wziąłem jej aparat i nie wiem gdzie się mi zapodział.
-Dała ci aparat? –zdziwił się.
-No nie dała, sam wziąłem. A teraz nie wiem gdzie jest.
-Masz chłopie problemy...

            Jak na typową londyńską pogodę, słońce nie świeciło długo. Przyszły deszczowe chmury, które całkowicie przysłoniły gwiazdę. Wszyscy straciliśmy ochotę na wychodzenie z domu, ale jak na złość w kinie leciał najnowszy film science fiction ze Schwarzenegger’em. Aaron za nic nie chcial odpuścić, dlatego ubraliśmy się cieplej i wzięliśmy ze sobą parasolki. Kiedy już mieliśmy wychodzić w mieszkaniu rozbrzmiał się dźwięk telefonu Majki, która szybko pobiegła sprawdzić kto dzwoni. Kilka sekund później stała uśmiechnięta obok nas odbierając komórkę.
-Halo... – powiedziała śmiejąc się z Wojtka, który na darmo próbował uporać się z połamanym parasolem.

            Na twarzy Majki nie malował się już szczery uśmiech. Początkowo przybrała minę dość poważną, ale z każdą chwilą stawała się coraz bardziej przerażona. Popatrzyła na mnie z bólem w oczach, nie mogąc wydusić z siebie słowa.
-Żartujesz sobie? – zapytała nerwowo uśmiechając się. – Powiedz że to nie prawda!... – mówiła a jej głos drżał z każdą sekundą coraz bardziej. – Jak...? Dlaczego...? Co się stało? Ale czy on...? Będę jak najszybciej...
            Jej serce biło jak opętane, a ręce drżały nie mogąc utrzymać telefonu, który upadł na ziemie rozpadając się na drobne kawałeczki. W kącikach jej oczu zebrała się łza, która po woli spłynęła po rozpalonym policzku. Z każdą chwilą przybywało ich, aż w końcu popłynęły całym strumieniem. Stała bez ruchu, płacząc. Przypominała dziecko, małe i niewinne. Dziecko, które zgubiło swoich rodziców w centrum handlowym i płakało z bezsilności.
            W pierwszej chwili myślałam że chce nas nabrać, ale to nie w jej stylu. Nie potrafiła by płakać na życzenie. Od tak sobie. Jedynym pytaniem jakim sobie zadawałam razem z pozostałym było ‘co się do cholery stało?’ Majka upadła na posadzkę, nadal płacząc a ja podbiegłam do niej mocno ją przytulając. Nie pytałam o nic, nie chciałam aby poczuła się jeszcze bardziej przybita, choć ciekawość brała górę. Chłopaki patrzyli na nas w osłupieniu, aż po pewnej chwili Aaron przykucnął przy nas patrząc na Majkę. Była w bardzo kiepskim stanie, cały czas płakała.
-Ciii, już dobrze. – mówił Ramsey próbując ją uspokoić.
-Co się stało? – zapytałam wreszcie, gdy płacz nie był już tak obfity.
-On nie żyje... Nie ma go. – mówiła przez łzy, a ja starałam się posklejać jakoś jej strzępki zdania.
-Ale kto? – dopytywał się Aaron.
-Nie żyje... Jest w szpitalu... Muszę tam być...
-Maja, spokojnie. Co się stało? – zapytałam spokojnym tonem głosu.
-On.
-On?
-Tomek nie żyje! – krzyknęła zrozpaczona wtulając się we mnie, tak mocno że brakowało mi oddechu. –Miał wypadek... Radek jest w szpitalu. On nie przeżyje... Nie przeżyje do jutra... Rozumiesz? Straciłam jedynego brata.... – dokończyła.
            Właśnie wtedy zaczęły docierać do mnie te słowa. Dźwięczały głośno w mojej głowie.
Starałam się ułożyć z niech cały scenariusz. Scenariusz, dzięki któremu zrozumiem ‘nie żyje’. Ale jak? Moi przyjaciele wypadek? Śmierć? Przecież mieliśmy tyle planów na przyszłość. Wakacje, gdzieś na końcu świata w mocno okrojonym stanie, tylko przyjaciele, ci najlepsi, ci co nigdy nie zawiedli. Mieliśmy przecież nauczyć się jeździć na snowboardzie , znaleźć czterolistną koniczynę i wychowywać swoje wnuki, opowiadając im o naszej szalonej młodości, gdzie niczego nie żałowaliśmy. Teraz to wszystko prysnęło? Tak, śmierć przychodzi niespodziewanie. Ale dlaczego oni? Dlaczego teraz? Dlaczego znów muszę przechodzić przez to samo? Po raz kolejny tracę bliską osobę. Najpierw Damian, teraz Tomek a za chwilę Radek. Boże, jest tyle ludzi, którzy pragnął śmierci, więc dlaczego akurat oni? Wytłumacz mi to! Przecież byli młodzi, pełni życia, marzeń. I nagle bum. Wszystko znika, znika życie, znika nadzieja, znikają marzenia. Nie ma nic. Jeden telefon rujnujący całą strukturę ludzkiego życia.


            Moja dusza została właśnie rozszarpana. Płakałam, gorzko płakałam i nie mogłam przestać. Nie mogłam przestać bo nadal nie wierzyłam w to. Wszystko było jakimś koszmarem. Koszmarem, który znowu zagości w moim życiu...


+++
Jestem spóźniona,  cały miesiąc ponad, wiem. Wiem też że jakbyście mnie na ulicy spotkali to witalibyście mnie patelnią. Przepraszam, ale w moim życiu przed świętami wydarzyło się kilka nieprzyjemnych sytuacji które totalnie wybiły mnie z rytmu. 
Obiecywałam sobie, jutro napiszę na 100%. i tak każdego dnia. Skończyło się na tym że zamiast czytać 'Kamienie na szaniec' a raczej streszczenie niż ksiązke   zaczęłam pisać rozdział, najpierw napisałam nie jak trzeba bo w 1 osobie, ale już nie mam sily tego zmieniać. 
Dlaczego kolejna tragedia? Nie wiem, musiałam jakoś skleić taką pustkę miedzy rozdziałami i epilogiem . ;) 

Czy wy też już macie dość całej afery z Lewym i jego durnym transferem? Ja tak. Na matematyce ten temat jest najważniejszy, ba nawet na religii. Obiecuje jak mi ktoś jeszcze powie że Lewy jest taki uczciwy nazywajac Bvb ' szkółką pilkarską' to przywale. 
     Widzieliście instagrama Wojtka? Jaraaaaam sie <3
+ zapraszam na nowy blog "It's only words" na którym prolog pojawi się po zakończeniu tego opowiadania ;) 
Buziaczki i do następnego :* Themalkina. 

w razie pytań : evolutionaal@op.pl